środa, 14 czerwca 2017

Kolorowe Rio

Pierwsze skojarzenie z kolorowym Rio to oczywiście karnawał i cała paleta barw skromnych strojów tancerek, ale mi kolorowe Rio będzie się kojarzyć ze schodami Escadaria Selaron i muralami Lapy. Choć faktycznie na pierwszy rzut oka kolorowe barwy przyciągają uwagę, to prawda jest taka, że maskują szarą rzeczywistość, biedę tej dzielnicy. W tym momencie cieszcie się, że komputer nie przekaże Wam zapachów, bo kolorowe Rio nie pachnie ładnie. 


środa, 31 maja 2017

Rio de Janeiro - zielono mi, czyli Parque Lage, Jardim Botanico i Park Narodowy Tijuca

To był zielony dzień. Najpierw spacerkiem wybraliśmy się do Parque Lage, by potem powędrować do Tijuki, następnie Jardim Botanico i wrócić poprzez Ipanemę do Botafogo. Ów niewinny, delikatny spacerek zamienił się w 20 kilometrową wędrówkę, ale masz babo, coś chciała. Jak się ma chorobę lokomocyjną, wstręt do autobusów, a taksówki traktujesz jako dobro luksusowe, to niestety cierp ciało, coś chciało! Zdecydowanym faworytem zielonego dnia jest Parque Lage. Zazdroszczę mieszkańcom Rio tego parku. Miejsce przepiękne. Czuje się tam bliskość egzotycznej przyrody. Nawet sam Park Nardowy Tijuca nie dał mi takiej satysfakcji, co właśnie zobaczenie Lage. Tijuca rozczarowała mnie trochę, ale wszystko po kolei.


środa, 17 maja 2017

Plaże Rio - Copacabana, Ipanema, Barra de Tijuca, Botafogo, Vermelha

Chyba nie ma osoby na tym świecie, która choć raz w życiu nie słyszała o Copacabanie - najsłynniejszej plaży świata. Czy jednak wraz ze sławą idzie blask i naprawdę Copa jest taka zachwycająca? A co z jej siostrą Ipanemą? Być może to wcale nie one świecą najbardziej w blasku swojej sławy, a w Rio de Janeiro są prawdziwe plażowe perełki.

sobota, 6 maja 2017

Yep, w Rio de Janeiro kradną... Historia czarnego plecaka

Przyznaję, że przed żadnym wyjazdem nie miałam tylu obaw, co właśnie przed Brazylią, przed Rio. Nasłuchałam się i naczytałam historii, jak to kradną, mogą z nożem zaatakować, jak turyści zginęli gdzieś w faweli. Ucząc się na błędach i wskazówkach innych zabezpieczyliśmy się na tysiąc metod: pieniądze rozlokowane w różne miejsca - pasek ze skrytką na banknoty, specjalna kieszonka w staniku :), trochę drobnych w portfel jakby co, zero biżuterii, obrączki zostały w Polsce, plecaki trzymane z przodu, oczy dookoła głowy. Chodziliśmy po zmroku - nic, chodziliśmy po fawelach, spacyfikowanych, ale jednak fawelach - nic, korzystaliśmy z metra - nic, poszliśmy na plażę Copacabana i... yep, w Rio kradną! Zanim opiszę Wam największe atrakcje Rio de Janeiro, pouczcie się teraz na naszym błędzie.


poniedziałek, 1 maja 2017

Rio de Janeiro - pierwsze wrażenia

Samolot wylądował z godzinnym opóźnieniem. Nie mogliśmy połączyć się z Internetem na lotnisku i po około półgodzinnym czekaniu, czy łaskawie się w końcu połączymy z aplikacją Uber, stwierdziliśmy, że jedziemy taksówką. Pierwsze schody, bo nie mogliśmy się dogadać z panem taksówkarzem, ale mają opracowany nawet dobry system, bo woła on drugiego pana z obsługi taksówek na lotnisku, ten zabiera naszą kartkę z adresem i po chwili przynosi wydrukowany paragon, ile owa trasa nas wyniesie. Decydujemy się. Nawet nie jest tak źle. Taksówka mknie niczym błyskawica, zderzak przy zderzaku z innymi, aby po około półgodzinnej szaleńczej jeździe wysadzić nas przy bloku, w którym to mamy kawalerkę wyszukaną poprzez Airbnb. Wchodzimy, jest portier, sprawdza nasze paszporty i zaprowadza do windy, oczywiście ni w ząb nie zna angielskiego, a ja portugalskiego znam tyle, co z telenoweli, ale ten poziom znajomości pozwala mi zrozumieć, że do naszego mieszkanka nie ma klucza, a jest kod. Hmmm, kod, którego nie mamy. I teraz schody numer dwa, wytłumaczymy panu, że nie mamy kodu, a żeby się skontaktować z właścicielką mieszkania to potrzebujemy Internet. Pan coś tłumaczy, wymachuje, poszedł do biurka z moim mężem, po czym idzie mój mąż zadowolony z dwoma Brazylijkami i mówi, że mam poczekać, bo one mają Internet i zdobędzie numer, a one zadzwonią o ten kod. Masz babo placek, stoję z walizkami w jakimś kącie, a ten w siną dal poszedł. Udało mu się jednak kod dostać. Jedziemy windą do mieszkania i... Jest jakiś czytnik kart na drzwiach, ale my karty nie mamy! Załamani, w akcie desperacji, mąż położył na czytniku rękę i bingo! Wyświetliła się klawiatura. Wpisujemy kod i naszym oczom ukazuje się całkiem fajna kawalerka. Idziemy padnięci spać. Jutro zaczynamy zwiedzanie.

Botafogo (daleko w tle posąg Chrystusa Odkupiciela)

Słynne schody Escadaria Selaron - klimatyczne miejsce

wtorek, 18 kwietnia 2017

Monachium

Stolicę Bawarii zwiedziłam w 2014 roku podczas zorganizowanej wycieczki (którą wygrałam) na Oktoberfest. Jak wiecie z wcześniejszego posta, sam Festiwal Piwa średnio przypadł mi do gustu, ale Monachium to już zupełnie inny rozdział. Byłam oczarowana! Niemieckie miasta mi się nie podobają. Może jestem trochę uprzedzona. Monachium jednak okazało się zupełnie inne. Przez specyficzne elewacje kamienic nawet przypominało mi Paryż, a ratusz na Marienplatz to moim zdaniem dzieło architektonicznej sztuki. 



piątek, 31 marca 2017

Wymarzone wakacje! Jest na nie sposób...

Wiosna za pasem, ani dobrze się nie rozgości, a już będzie lato. Wymarzony czas beztroski, plażowania, biwakowania, wędrówek. Czas nowych przyjaźni, poznawania nowych miejsc, nowych ludzi. Patrzę wstecz na czasy podstawówki i liceum i przypominam sobie jak bardzo wyczekiwałam wakacji. Nie dlatego, że nie lubiłam szkoły, ale dla tych długich dni, dla słońca, dla wypraw w okoliczne lasy, dla pierwszych poważnych wyjazdów.
Pamiętacie Wasze pierwsze wakacje? Dokąd to wyjechaliście? Czy były zamki z piasku na plaży? Czy może pierwszy szczyt górski? A może pod namiot nad jezioro? Ja doskonale pamiętam pierwsze kolonie w Białym Dunajcu. Euforia towarzysząca temu wyjazdowi odcisnęła się niesamowicie w mojej pamięci. Dziś nawet najbardziej odległy zakątek świata nie powoduje takiego wybuchu radości jak wtedy. A wiecie czemu? Bo to były nie tylko pierwsze samodzielne wakacje, ale i pierwsze zarobione pieniądze na wyjazd.
Chyba każdy z nas pamięta swój „pierwszy grosz" i jak dobrze został spożytkowany, ile dał nam radości i poczucia spełnienia, namiastkę dorosłości. Ja zarobiłam na wspomniane kolonie podczas zbierania malin. Oczywiście była to mała część całego kosztu wyjazdu, ale na lody, na pamiątki, na wesołe miasteczko, na kolejkę na Kasprowy, na ciupagę mi spokojnie starczyło. Wyczekujecie wakacji, prawda? Wyczekują ich także Wasze dzieci. A gdyby tak podczas czekania zarobić na wakacyjny wyjazd? Zrobić coś pożytecznego i jeszcze zarobić? Ja miałam swoje maliny, a Wy możecie mieć kokosy z ogólnopolską akcją "Zapracuj na wakacje". Wystarczy zalogować się na  mojewakacje.almatur.pl.