poniedziałek, 22 lutego 2016

Pielgrzymka do Częstochowy - każdy ma swojego Szymona Cyrenejczyka

Już tak mam, że najlepiej wspominam wyjazdy, kiedy wyruszałam w nie po jakichś tragicznych wydarzeniach. Z pełnią smutku w sercu i na duszy ruszałam naprzód, aby uzyskać radość, odzyskać szczęście. Są takie trzy daty, które zamykały w tragiczny sposób pewne drzwi mojego życia, ale otwierały też inne, nowe, często lepsze. I jedną z nich wyznacza właśnie piesza pielgrzymka do Częstochowy. Kto śledzi już jakiś czas bloga i fanpage ten wie, że można o mnie powiedzieć, iż lubię, ciekawi mnie i niesamowicie interesuje temat religii świata. Muszę, po prostu muszę na każdym wyjeździe pozwiedzać kościoły, cmentarze, popatrzeć na przydrożne kapliczki, zajrzeć przez dziurkę od płota na cmentarz żydowski, który zamknięty był dla zwiedzających. Taka maniaczka. I jak tu nie iść na pielgrzymkę?? Przyznaję strach był, bo kilometrów bardzo dużo, a ja miałam problemy ze stopą. Przenosimy się ponad dziesięć lat wstecz i wyruszamy. Jesteś ciekaw, jak to naprawdę na pielgrzymkach jest? Opowiem wszystko. Przedstawię wszystkich. Pokaże krew, łzy, cierpienie, nawrócenie, radość, obłudę, grzeszników i pątników. Będzie inaczej. Czarno na białym.
Wyruszamy w słoneczny, sierpniowy dzień z jarocińskiej parafii. Strój pielgrzyma to strój pt. "pożal się Boże": skarpety do sandałów (koniecznie bawełniane) i broń Boże (to pielgrzymka, Boga będę często wzywać) białe, za pięć minut kurz zrobi swoje. Koszulka bawełniana, zasłaniająca ramiona, spodenki za kolano, też z bawełny i chustka lub czapka na głowę. Ogólnie wyglądasz niemodnie, wygodnie, bawełniano. Mały plecak na plecy z najpotrzebniejszymi rzeczami: plaster, woda, chusteczki. Na szyję dostajesz swój krzyż. I wyruszasz w tym upale ze śpiewem na ustach, radość, wszyscy machają, żegnają cię spod kościoła, wiwatują, życzą szczęścia. Ksiądz biega w śmiesznej czapce na głowie, pielgrzymkowi weterani witają się i wspominają, co to przez rok się zmieniło w ich życiu. Jest oczywiście zakochana para, która planuje ślub w Częstochowie po dotarciu na miejsce, są strażnicy porządku, którzy moi zdaniem z samych czeluści Piekła przybyli, ale o nich później, są "lalunie", które ów bawełniany zestawik w kolorze różu dostały, jest najpopularniejsza gwiazda pielgrzymki niczym z amerykańskiego filmu.
Na pielgrzymce MUSISZ mieć kryzys. Nie da się pokonać 300 km i go nie mieć. Jedni odpadają po dosłownie kilku kilometrach. Inni raz po raz korzystają z możliwości podwiezienia przez auto. Jeszcze inni idą twardo, ale wyglądają przy tym jakby plan filmu Mumia opuścili - plastry, bandaże na każdej rance. Pielgrzymka to nie tylko ksiądz i jego owieczki maszerujące do cudownego obrazu, to także pielęgniarki, lekarz, kucharze. Skupmy się na medycynie. Jest ona nierozerwalna z wspomnianym wyżej kryzysem. Mój kryzys przyszedł bardzo szybko. Praktycznie to chyba pobiłam rekord pielgrzymkowy. Padłam na drugim etapie. Powód? U mnie stary jak świat i taki sam zawsze na każdej wyprawie. Obtarły mnie adidasy. Tak, tak, nie szłam w sandałach na pierwszym etapie. Stwierdziłam, że lepsze adidaski. Nowe. I tutaj zapamiętajcie, zapiszcie, wyryjcie na ścianie: nigdy, ale to nigdy nie brać nowych butów, jak zasuwasz dziennie po 30 km!!! Idę. Ból nie do zniesienia. Mam wrażenie, że stopy zaraz mi wybuchną. Zaciskam zęby i cedzę piosenkę wraz ze wszystkimi, która już na zawsze w mojej głowie została:
"Jak dobrze być barankiem i budzić się porankiem. Wybiegać na polankę i śpiewać tak, jak ja: be be be kopytka niosą mnie, be be be kopytka niosą mnie." 
Tylko moje kopytka padły ofiarą chińskiej myśli obuwniczej. Ogólnie to będzie to trochę post obuwniczy, bo 90% mojej pielgrzymkowej przygody kręciło się wokół butów. Siadamy na polance ściągam buty i ... krew!!! Stopy jak u słonia. Krew leci z pięty, z boku, z palca. Boże, co za ból! Aż wszystko pulsuje. Ale ja, jak to ja nie pójdę za Boga do pielęgniarki. I tutaj wkracza mój kolega - mój Szymon Cyrenejczyk. On się zna. Bierze w jego mniemaniu wodę utlenioną i polewa rany. Słyszeliście kiedyś, jak się drze kot nadepnięty na ogon? Pomnóżcie sobie to przez tysiąc. Woda utleniona okazała się spirytusem salicylowym. Alkohol na gołą, otwartą ranę. W tym momencie zostałam oczyszczona chyba ze wszystkich grzechów. Ponoć jak opalona byłam, tak stałam się blada. Na pielgrzymce szła siostra (nie ma pani i pana, jest siostra i brat) Tereska - niepełnosprawna intelektualnie, ale naprawdę cudowna, szczera i kochana osoba - która ochoczo w tym momencie stwierdziła, że diabeł ze mnie wyszedł. Moi Drodzy, takie cuda tylko na pielgrzymce. I tak bez diabła i adidasków w laczuszkach pomykałam do Ostrowa Wlkp. - kolejnego przystanku z noclegiem. Nie mogłam wyciągnąć sandałów, bo były w walizce na przyczepie. I nikt nie będzie ci szukał walizki, jak są ich tam setki, a twoja pewnie na samym spodzie. Miałam w podręcznym plecaku takie piankowe, basenowe laczki, to w nich maszerowałam. 
Wiecie jak moje stopy wyglądały po przejściu 20 paru km przez głównie polne drogi, w kurzu, upale około 30 st.? Nie wiem, czy Wasza wyobraźnia jest w stanie to ogarnąć, a nocleg w Ostrowie załatwili nam rodzice mojego kolegi "lekarza stóp" (ogólnie oni większość noclegów załatwili, co niesamowicie nam życie ułatwiało), ale ten w Ostrwie to tzw. full wypas. I teraz wchodzisz do chaty niczym pałacu sułtana w tym bawełnianym t-shircie z białymi plamami od potu (sól z człowieka wychodzi i tworzy "urocze" malowidła na odzieży) i twoje stópki w tych już pourywanych laczkach, zaschnięte od krwi, brudu - obraz nędzy i rozpaczy. Jak szłam pod prysznic po marmurowych kafelkach to beczałam jak ten baranek na łące i sama nie wiem, czy bardziej z bólu, rozpaczy, czy tego, że tak nabrudziłam, że do północy będę sprzątać! 
O świcie idziemy dalej. O dziwo pomysł kolegi ze spirytusem okazała się strzałem w 10, gdyż rana szybko się zasuszyła, ale opuchnięte stopy za nic w świecie dały się wcisnąć w sandały (przeklęte adidasy i ledwie trzymające się kupy laczki leżały na dnie plecaka) i tutaj znów kolegi geniusz wyszedł na wierzch i powcinał mi sandały tak, aby nie dotykały tych części stóp, które były obtarte czy z odciskiem. Koleżanki leżały ze śmiechu, jak to robił, a ja ustanowiłam nowy krzyk mody. Skarpetki plus powycinane sandały. Tu dziurka, tam dziurka, ale szłam i ani na chwilę nie miałam myśli, aby wsiąść do auta. Nowo stworzone obuwie, niezliczona ilość ran, odcisków i obtarć na pierwszych etapach marszu nagle zamieniły mnie w gwiazdę pielgrzymki!
Większość pielgrzymów miała kryzys na podejściu do Kotłowa. Idzie się tam mocno pod górkę, niektórym dają się we znaki zmiany ciśnienia niczym w górach, dodajcie wysoką temperaturę, uczulenie na rozgrzany od słońca asfalt i przepis na kryzys gotowy. Kotłów to ogólnie było specyficzne miejsce, bo tutaj zmęczenie sięgało apogeum i wychodził nie jeden diabeł spod skóry miłej starszej pani, która nie tylko swój drewniany krzyż niosła na szyi, ale i srebrny, i z medalikiem, i różaniec... Zgryźliwości i złośliwości w powietrzu latały niczym cherubiny wokół zakochanych, a to wszystko pod dachem domu Bożego. Cóż, taki klimat Kotłowa na tym etapie pielgrzymki. Prawda jest taka, że jednak nie można wymagać od idących po kilkadziesiąt kilometrów ludzi, którzy są mieszanką charakter i osobowości, iż nagle będę aniołami. Ludzie, nawet jeśli idą z modlitwą na ustach, to tylko ludzie  z krwi i kości,  z zaletami i wadami.
Gorzej było z ekipą porządkową. Na pewno słyszeliście historie jak to się pije i imprezuje na pielgrzymkach. Otóż główne źródło tych historii to właśnie porządkowi - bynajmniej w przypadku mojej pielgrzymki. Wyżelowani i wystylizowani niczym Cristiano Ronaldo czekali tylko do wieczora,  aby podrywać dziewczyny - może zabrzmię stereotypowo, ale głównie te od różowych wdzianek - wyskoczyć po piwko, poszaleć,  bo w końcu to oni stanowili pielgrzymkowe prawo i porządek. Prawda jest taka, że jeśli idziesz naprawdę z intencją,  prawdziwy krzyż niesiesz, maszerujesz pokonując ból to robisz to z sercem, miłością,  walczysz ze sobą samym i czujesz się mocniejszy duchowo i ostatnią rzeczą po tych kilometrach znoju jest myśl o imprezie i balandze. Tylko trzeba to czuć całym sobą... C.D.N.

Część II

4 komentarze:

  1. Ale się uśmiałam!....chociaż Tobie zapewne wesoło nie było. Nigdy nie uczestniczyłam w takiej wyprawie. Uwielbiam spacerować, nawet te długie dystanse mnie nie przerażają, ale jakoś do Częstochowy nie było mi po drodze. Czekam na ciąg dalszy wyprawy :) A tak swoją drogą, to słyszałam, że niejedno dziecko poczęto na takiej pielgrzymce. Zapewne w sposób niepokalany :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz też się z tego śmieję. Zawsze jak się spotykamy opowieści o moich stopach i butach na pielgrzymce są nr 1. Mam królewskie stopy jak Julian haha Z perspektywy czasu też stwierdzam, że pielgrzymka dużo mi dała nie tylko duchowo, ale i psychicznie, fizycznie.

      Usuń
  2. Nigdy nie byłam na tak długiej pielgrzymce. Czekam na ciąg dalszy!

    OdpowiedzUsuń