środa, 30 marca 2016

Pielgrzymka do Częstochowy - św. Weronika

Pielgrzymkowych opowieści ciąg dalszy. Tym razem o jedzeniu, spaniu, mszach świętych oraz opowieść o tym jak musiałam uniknąć ataku wścieklej muchy i o tym jak zostałam pielgrzymkowym dilerem.

Stare, polskie przysłowie mówi, że głodnemu chleb na myśli, więc opowiem Wam, jak to z jedzeniem na pielgrzymce bywa. Nasza pielgrzymka miała swoją kuchnię polową i obiady były zapewnione. Śniadania i kolacje najczęściej dostawaliśmy od goszczących nas osób, chyba że spało się pod namiotem to wtedy też z pielgrzymkowego prowiantu. W owej kuchni także cuda się działy, bo jednego dnia była pomidorowa, drugiego z resztek pomidorowej kucharki zrobiły makaron z sosem pomidorowym, a trzeciego dodały kapusty i był kapuśniak. Zdolności naprawdę miały, bo z niczego robiły smaczne dania. Głodny nikt nigdy nie był, a przeważnie wprost przeciwnie. Czasami ksiądz organizował ognisko i piekliśmy kiełbaski. Świętych Weronik po drodze mijało się dużo. Dawano nam soki, słodycze, goszczono niczym królów i nie tylko pod względem jedzenia. Oddawano nam wygodne łóżka, kiedy reszta rodziny gnieździła się na kanapach czy nawet materacach. Stawaliśmy się nowymi członkami rodziny, tylko na o wiele lepszych zasadach. Chociaż przewaga była dobroci niczym u św. Weroniki, to zdarzały się momenty, że niekoniecznie byliśmy mile widziani, tzn. może bardziej było to na zasadzie: "o kolejna grupa". W jednym miejscu musieliśmy spać w namiotach, bo tam akurat nikt pielgrzymów nie przyjmuje, a szła potężna burza. Nawet ksiądz księdza nie przyjął, więc tę najgorszą noc część spędziła w strugach deszczu w namiotach, a część na salce. Przetrwało się, ale pozostawiało to pewną rysę na szkle, bo czasami ludzie, którzy mieli naprawdę niewiele, dawali nam "złoto", a ci którzy "złotem" ociekali tylko to swoje "złoto" widzieli. Z takiego postoju w namiotach najbardziej pamiętam kąpiel przy studni. Śmiechu było co niemiara. Prawdziwa radość, coś czego już nigdy i nigdzie nie znalazłam.
Stałym punktem na pielgrzymce jest msza święta, ale nie taka coniedzielna. Nie odprawia się suchych w moim mniemaniu regułek. Msza na pielgrzymce jest żywa! Naprawdę się to czuje całym sobą, fizycznie, psychicznie, duchowo. Nigdzie nie przeżywałam i tak szczerze nie uczestniczyłam we mszy świętej, jak na pielgrzymce, nawet jak byłam na mszy z samym papieżem w Watykanie to już nie było to. Tutaj poznasz prawdziwe obcowanie z Bogiem.
Wracamy do cielesności. Wyobraźcie sobie idącą ponad setkę osób. Pośrodku idę ja. Zwarty tłum. I jakie trzeba mieć "szczęście", aby to właśnie mnie zaatakowała wściekła, wielka (pewnie jeszcze niezidentyfikowana) mucha! No użarła mnie tak mocno i boleśnie w nogę, że ta spuchła do takich rozmiarów, że noga słonia to przy mojej nóżka Anji Rubik!!! Szczęście w nieszczęściu było tylko takie, że ów do ataku doszło chwilę przed postojem w miejscu, gdzie miał się odbyć mecz piłki nożnej. I ze mnie ani kibic nie był, ani gracz. Musiałam siedzieć i czekać, co będzie dalej. Zejdzie ta opuchlizna, czy też noga odpadnie. Tylko paniom pielęgniarkom podniosłam ciśnienie, bo biegały zaniepokojone i nie wiedziały do końca, co to ze mną będzie. Jednak rano, po nocce w namiocie i wspomnianej wyżej kąpieli w wodzie prosto ze studni, okazało się, że śladu nie ma po ataku owada i maszerowałam dalej. 
Kojarzycie takie szmaciane lalki z włosami z sznurka? Kto nie kojarzy, poniżej załączam poglądowe zdjęcie:

I teraz kolejne zadanie na wyobraźnie. Kiedy idziesz dziennie 30 kilometrów, a masz zdolność do odcisków, pęcherzy twoja stopa zaczyna przypominać balon, na którym są jeszcze setki mniejszych baloników. Jak się pozbyć tych małych utrapieństw? Otóż, przebijamy pęcherz igłą z nitką i tę nitkę zostawiamy. Pęcherz zagoi się, zaschnie. W przypadku, gdy masz góra 2-3 pęcherze jest ok, ale jak masz ich z 30 (!!!) to twoja stopa zaczyna wyglądać z tymi niteczkami jak ta lalka powyżej, a dokładnie wygląda tak:

O moich stopach na pielgrzymce mogłabym wydać książki, trylogię co najmniej i pośród opowieści znalazłaby się na 100% ta, o tym jak zostałam pielgrzymkowym dilerem. Jeszcze w trakcie przygotowań do pielgrzymki wyczytałam, że na gorączkę, wszelkie opuchnięcia, obtarcia i rany świetny jest aloes, a dokładniej miąższ z liści. Jako że jestem dumnym hodowcą kaktusów, posiadam w swojej kolekcji kilka donic z aloesem, to jedną ogołociłam i zabrałam ze sobą te liście. Kiedy inni biegali na postojach od pielęgniarek niczym mumie i nic im się nie goiło, ja okładałam się tymi liśćmi i goiło się niczym za dotknięciem różdżki. Kiedy wszyscy wiedzą i widzą, że jestem posiadaczką "lalkowatych stóp" i masz niezliczoną rzeszę pęcherzy, a śmigasz niczym Bolt na olimpiadzie, to coś jest na rzeczy i tak podpytują, dopytują i zdradzasz swój kaktusowy sekret i nagle zostajesz, chcąc nie chcąc, dilerem liści kaktusa aloesu. Gdyby mi wtedy za to z złotówkach płacili, pewnie dziś bym leżała na Hawajach, ale dostawałam za to pizzę albo czekoladę, a że ani jednemu ani drugiemu odmówić nie potrafię, to na Hawajach nie leżę, do dziś nie mogę pozbyć się nadprogramowych kilogramów, uzdrowiłam kilka mumii z pielgrzymki ;-)
Ostatnia noc przed wejściem do Częstochowy była tzw. wieczorem przebaczenia i pojednania. Dziękowało się tym, którzy na pielgrzymce mieli dla nas największe znaczenie i przepraszało albo wybaczało tym, którzy nas, delikatnie mówiąc, denerwowali. I tak najwięcej podziękowań dostawali ci, co nas karmili, leczyli, wspierali, a najczęściej za złe myśli przepraszani byli porządkowi, czemu ciężko się dziwić. Ten wieczór uświadamiał ci też jedno: pielgrzymka tworzy wspólnotę, która na pierwszy rzut oka wydawać się może bardzo różna i podzielona, ale tak naprawdę jest jednością, która dąży do jednego - poznania Boga, ale każdy ma na to swój sposób... C.D.N.

Cześć I

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz