środa, 1 czerwca 2016

Kopenhaga

Lubię podróżować. Widzieć świat, obyczaje, tradycje. Lubię zwiedzać, poznawać i patrzeć na inne otoczenie. Lubię zbierać smaki, zapachy, wspomnienia. Zawsze chciałam coś odkrywać. Może za dużo Indiany Jonesa? Chciałam swoje życie tak pokierować i ukierunkować zawodowo, aby praca dawała mi podróżnicze możliwości. Służbowe wyjazdy mają to do siebie, że nie tylko "zachowam grosze w kieszeni", ale także poznam te miejsca i ludzi, których jako turysta nie dane by mi było. Ciemna strona służbowych podróży? Krótko, często tylko "restauracyjne" i "hotelowo".

Magnes z Kopenhagi

Kopenhaga była takim biznesowym punktem mojej podróży przez Niemcy do Danii. Jak to mówi prawo Murphy'ego: "jeśli coś może się nie udać, to nie uda się na pewno", więc: aparat się nie spakował, uciekł z walizki, został tylko komórkowy, nawet nie smartfonowy, bo ja starej daty jestem, a Brygada RR, z którą przyszło mi podróżować, nastawiona na zwiedzanie była, ale restauracji, kawiarni i pubów.  W Kopenhadze byłam około 10 godzin - bilans - 4 restauracje, 3 puby, poszukiwanie Syrenki, wieczorny spacer po Nyhavn z Marudami, co to w lutym jadą bez zimowych ciuchów. Pojechałam m.in. z kierownikiem, co "mówi w każdym języku świata", od mandaryńskiego poprzez staro aramejski, ale zazwyczaj bierze mnie w delegację, gdyby się okazało, że jednak ktoś w jego dialekcie nie mówi. Mała dygresja: kojarzycie ten dowcip, gdzie przychodzi petent do urzędu i pyta: Do you speak English? Nic. Sprechen Sie Deutsch? Nic. Parlez vous francais? Nic. I poszedł. Jedna z urzędniczek mówi: Jaki mądry, tyle języków znał! A druga na to: Może i znał, ale ze mną się nie dogadał! To jest właśnie wypisz wymaluj mój kierownik. Lata od baru do baru, coś gada, nikt go nie rozumie, ten ma pretensje, co to za dziki kraj, że się dogadać nie może, a ja za nim i resztą ekipy, i zamawiam im te drineczki, cudeńka, po czym przemieszczamy się do kolejnych pubów i historia koło zatacza. Proszę, błagam, no idźmy do portu, Syrenkę zobaczmy, pozwiedzajmy, a oni patrzą  na mnie, jakbym rozum straciła i kolejne piwo wołają. Wtedy wyobrażasz sobie ich właśnie na takim stole owiniętym folią niczym z Dextera. Powiedzcie sami, ile to można pubów, barów w ciągu paru godzin zaliczyć??!! I potem jeszcze tę zgraję trzeba do auta zapakować i wysłuchiwać mądrości polityczno - historyczno - religijnych. Jak ja kocham wyjazdy służbowe!

Pomnik Syrenki - kiedy towarzysze wypili z 10 piw i najedli się w co najmniej już 2 restauracjach, przed odkryciem kolejnych jadłodajni, udało mi się zabrać ich, poszukać i zobaczyć Syrenkę - symbol stolicy Danii
Port Nyhavn - jakość zdjęcia - 100, ale widok na własne oczy wieczornego Nyhavn +1000 :-)
A tak wygląda Nyhavn zrobione przez kogoś, kto pamięta o aparacie ;-) (źródło:Google grafika)
To, co jednak wywarło na wszystkich ogromne wrażenie, to most nad Wielkim Bełtem. Ten mający 17 km most jest piękną, zadziwiająca konstrukcją. No, jak do licha udało im się go ustawić na środku morza?! Cechy szczególne:  wieje tam jak diabli! Autem aż rzucało. Wrażenie niezapomniane. Widoki cieszą oko, bo jedziesz przez granatowe wody morza, wiatraki po lewej, wiatraki po prawej, ładne chmurki na niebie, słonko świeci i o dziwo moje Marudy z Brygady RR zadowolone.

Jedziemy środkiem morza! Kolosalne kolumny mostu przed nami

Informacja o tym, że bardzo na moście wieje.

Most nad Wielkim Bełtem

Widoczki z mostu

Widoczki z mostu

Nawet pociąg jedzie !

Kopenhaga tanim miastem nie jest, ale bardzo ładnym. Warto się tam wybrać, choćby dla samego Nyhavn. Mogę tylko żałować, że tak krótko tam byłam, ale cóż cel pobytu nie był turystyczny, a było jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia i załatwienia interesów. Cieszę się, że udało mi się chociaż zobaczyć dwa najważniejsze miejsca w mieście - Syrenkę i Nyhavn, chociaż tego ostatniego zmarznięci koledzy i koleżanki  z pracy mi nigdy nie wybaczą - rada na przyszłość - jest luty, jest zimno, bierze się czapki i szale, sorry, taki klimat.

Peesy
PS 1 Waluta Danii to korony duńskie, a ja byłam przekonana, że Euro. Podróże kształcą!
PS 2 Rowery! Podobnie jak w Amsterdamie, w Kopenhadze jest ich mnóstwo. Stoją przy sklepach, kawiarniach bez kłódek, zamknięć. Szare, zwykłe, albo kolorowe. Ludzie jeżdżą na nich na zakupy, rekreacyjne, dla sportu. Stare, nowe, miejskie z koszyczkami, sportowe, wyczynowe ... Pełno rowerów!


1 komentarz:

  1. Hej :)! Bardzo fajny blog! Powiedz mi proszę jakie są orientacyjne ceny pamiątek w Kopenhadze? Zbieram kule śnieżne i zastanawiam się na jaki "szok" cenowy się przygotować ;) Obstawiam, że jedna mała może mnie kosztować 30-40zł?

    OdpowiedzUsuń