poniedziałek, 1 maja 2017

Rio de Janeiro - pierwsze wrażenia

Samolot wylądował z godzinnym opóźnieniem. Nie mogliśmy połączyć się z Internetem na lotnisku i po około półgodzinnym czekaniu, czy łaskawie się w końcu połączymy z aplikacją Uber, stwierdziliśmy, że jedziemy taksówką. Pierwsze schody, bo nie mogliśmy się dogadać z panem taksówkarzem, ale mają opracowany nawet dobry system, bo woła on drugiego pana z obsługi taksówek na lotnisku, ten zabiera naszą kartkę z adresem i po chwili przynosi wydrukowany paragon, ile owa trasa nas wyniesie. Decydujemy się. Nawet nie jest tak źle. Taksówka mknie niczym błyskawica, zderzak przy zderzaku z innymi, aby po około półgodzinnej szaleńczej jeździe wysadzić nas przy bloku, w którym to mamy kawalerkę wyszukaną poprzez Airbnb. Wchodzimy, jest portier, sprawdza nasze paszporty i zaprowadza do windy, oczywiście ni w ząb nie zna angielskiego, a ja portugalskiego znam tyle, co z telenoweli, ale ten poziom znajomości pozwala mi zrozumieć, że do naszego mieszkanka nie ma klucza, a jest kod. Hmmm, kod, którego nie mamy. I teraz schody numer dwa, wytłumaczymy panu, że nie mamy kodu, a żeby się skontaktować z właścicielką mieszkania to potrzebujemy Internet. Pan coś tłumaczy, wymachuje, poszedł do biurka z moim mężem, po czym idzie mój mąż zadowolony z dwoma Brazylijkami i mówi, że mam poczekać, bo one mają Internet i zdobędzie numer, a one zadzwonią o ten kod. Masz babo placek, stoję z walizkami w jakimś kącie, a ten w siną dal poszedł. Udało mu się jednak kod dostać. Jedziemy windą do mieszkania i... Jest jakiś czytnik kart na drzwiach, ale my karty nie mamy! Załamani, w akcie desperacji, mąż położył na czytniku rękę i bingo! Wyświetliła się klawiatura. Wpisujemy kod i naszym oczom ukazuje się całkiem fajna kawalerka. Idziemy padnięci spać. Jutro zaczynamy zwiedzanie.

Botafogo (daleko w tle posąg Chrystusa Odkupiciela)

Słynne schody Escadaria Selaron - klimatyczne miejsce
Budzi nas lekki deszcz. Jednak jest bardzo ciepło. Ruszamy na zwiedzanie okolicy, czyli Botafogo. Dzielnica całkiem przyjemna. Nie budzi w nas strachu. Spaceruje się całkiem dobrze, więc "zaliczamy" jeszcze słynną plażę Copacabanę oraz Urcę. To podczas spaceru na Urcę gryzą mnie komary, obcierają i odparzają buty, ale muszę przyznać, że ładne widoki wynagradzają ból.

Urca

Urca

Moje pierwsze skojarzenie miasta jak do tej pory jest takie, że bardzo przypomina mi Alicante. Podobna architektura, chodniki z płytek, parki, restauracje, sklepy, nawet plaża łącząca się z górami, tak bardzo przypomina mi to piękne hiszpańskie miasto. Jednak przyznaję, Rio budzi we mnie wszystkie emocje od zachwytu poprzez niedowierzanie, szok, a nawet obrzydzenie. Są to tak skrajne emocje, że aż trudno ubrać to w słowa. Z jednej strony szklane wieżowce, z drugiej dzielnice biedy. Przez przypadek przeszliśmy kawałek jedną z nich. Masakra! Domy z wszystkiego i niczego. Ludzie siedzą pod nimi, brudne dzieci biegają wkoło na boso, pełno śmieci, ale nie tylko pudełek, puszek, butelek, papierków, ale także śmieci higienicznego użytku - podpasek, pampersów i te bezdomne psy roznoszą to wszystko, walczą o tego pampersa... Pełno psich odchodów, tu jakiś krzesło, tu dosłownie szkielet samochodu, tam na środku szczotka do włosów. Pełno kabli, każdy gdzieś poplątany, na dziko podłączony. Z jednej strony ciekawość, z drugiej strach, bo zwracamy na siebie uwagę, ale reakcje mieszkańców miłe. Pozdrawiają, mówią dzień dobry, uśmiechają się. Żal, współczucie, obrzydzenie, niedowierzanie, szok, coś nie do odzobaczenia. Telefonu jednak nie odważyłam się wyciągnąć. Zrobiłam tylko jedno zdjęcie na odchodne, już bardziej przy głównej ulicy. To wszystko się tak bardzo przeplata, bieda - bogactwo, bezdomni, czy slumsy z pięknymi hotelami, wieżowcami. Specyficzne miejsce. Po prostu niezapomniane. Rio to miasto, które fascynuje i przeraża zarazem.

Ulica w drodze na Sambodrom

Hotel przy Copacabanie

Fawela
Mieszkańcy bardzo mili, pomocni, uprzejmi. Jedyną przeszkodę stanowi bariera językowa, ale z drugiej strony zobaczcie sami, pomimo tego portier pomógł z uzyskaniem kodu, podobnie jak te młode dziewczyny. Mogli nas olać. W końcu to nasz problem, ale nie, walczyli do końca. Bardzo pomógł nam też pan z obsługi metra, bo jedna linia była zamknięta i wytłumaczył, jak dostać się na Maracanę (w tym przypadku znał angielski). Choć bezdomnych jest dużo w przejściach, tunelach, parkach, nikt nas nie zaczepia, a szliśmy nawet po zmroku.
Stylem Brazylijki moim zdaniem żyją według zasady T-shirt, jeansy lub legginsy i to w wersji bardzo ciasnej. Opinają swoje obfite kształty jak tylko się da. Brazylijczycy lubią sport. Dużo osób biega, siłownie na powietrzu są pełne, jeżdżą na rowerach. Nie tylko młodzi, sporo widzianych przez nas biegaczy to osoby dobrze po 50. Jednak z jednej strony kult ciała, sport, a z drugiej nie ujdzie oku to, że raczej są pełniejszych kształtów, sporo osób jest otyłych. Może wynika to z zamiłowania do amerykańskiej kuchni. Na ulicach łatwo znaleźć budki z hot dogami, hamburgerami. Ulubiona przekąska to chyba popcorn, bo na każdym rogu stoi sprzedawca. Jak do tej pory spróbowałam feijoadę, czyli gulasz z wieprzowiną, kiełbasą, czarną fasolą, ryżem, plastrami pomarańczy i blanszowaną kapustą. Porcja ogromna i bardzo, bardzo smaczna. Chociaż kiełbasa niezjadliwa, ale chyba ciężko przebić polską. Wspomnę jeszcze o cenach. Niektóre rzeczy cenowo jak w Polsce, inne dużo drożej. Drogi jest np. chleb, piwo (w barach na ulicy już nie, ale sklepowe w puszkach, butelkach wychodzi drogo), jogurty, sery (kupiliśmy kawałek i niestety trudno to serem nazwać),  chipsy, tanie są owoce, zupki chińskie, sosy do makaronów, wołowina (w naszym markecie tańsza niż kurczak!). Mamy w pobliżu kilka marketów więc ochoczo korzystamy z promocji. POZDRAWIAM :)



3 komentarze:

  1. Jeeejku, ale macie fajnie <3 Korzystajcie ile się da i wcinajcie pyszności. Ileż bym dała, by znów zjeść coxinha z kurczakiem! Super przekąska na mały głód. No i acai <3
    Pozdrawiam ciepło. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbuję, smakuję, jak na razie moje serce i żołądek skradło churros z polewą leite :)

      Usuń
  2. No, no egzotyka na całego.
    Churros z polewą - zajadałam się tym w Hiszpanii.
    Podeślij porcyjkę:)

    OdpowiedzUsuń