piątek, 11 sierpnia 2017

Najpiękniejszy widok świata! Vidigal i Morro dois Irmaos

Morro dois Irmaos nie było zaplanowane. Nie było w ogóle mi znane, ale podczas przeglądania Internetu pod tytułem: "co jeszcze można zobaczyć w Rio?", natrafiłam na niesamowite zdjęcia widokowe i stwierdziłam, że MUSZĘ to zobaczyć. Napisałam do kilku znanych mi osób, czy tam były, jak się dostały, trochę jeszcze wygooglowałam informacji i postanowiliśmy, że idziemy na wzgórze Morro dois Irmaos. Nie sądziłam, że określę tę wyprawę najtrudniejszą w moim życiu, ale też najpiękniejszą, jaką przyszło mi iść z najcudowniejszym prezentem końcowym - panoramą na miasto widzianą ze wzgórza. 

Mieszkaliśmy w Botafogo, więc najpierw dostaliśmy się metrem do Ipanemy, aby spacerem wzdłuż punktów widokowych przejść do Vidigal - spacyfikowanej faweli. Tego dnia było naprawdę gorąco i duszno. Temperatura ponad 30 stopni Celsjusza z bardzo wysoką wilgotnością od początku dawała się we znaki, ale lekki wiatr znad oceanu  i oczywiście widoki łagodziły ciężką jak dla mnie sytuację pogodową.


Przejście przez Vidigal łatwe nie jest. Nie chodzi mi o to, że fawela, bo było to dla mnie przyjazne miejsce. Ludzie pozdrawiali, zagadywali, choć tutaj barierą była nasza nieznajomość portugalskiego, ale jakoś na migi dało się porozumieć. Było też dużo taniej niż w centrum, więc po zejściu ze wzgórza udaliśmy się do lokalnego baru na piwo. Szczerze? W Vidigal czułam się dobrze jak nigdzie indziej. Nie wiem, czy moje odczucia byłyby takie same wieczorem, po zmroku, ale za dnia to miejsce niesamowicie klimatyczne i nawet moich odczuć nie zmienił patrol policji, gdzie policjanci ubrani nawet w hełmy przejeżdżali powoli autem z... wyciągniętym karabinem przez okno.  Wróćmy jednak do początku. Czemu przejście łatwe nie jest? Otóż idzie się cały czas pod górkę! Momentami niemal pionowo. Jest ciasno, dom przyklejony do domu, po wąskiej uliczce przemykają motocykle, bo na górę wwożą mieszkańców i turystów. My jednak nie skorzystaliśmy z tej formy, bo chciałam koniecznie przejść przez fawelę, ale także dlatego, że ja naprawdę ciężko znoszę jazdy wszelkimi środkami lokomocji i po prostu wolałam nie ryzykować. I tak spocona, zmęczona po tej wędrówce dotarłam do Wioski Olimpijskiej, czyli "kompleksu" sportowego z boiskiem, za którym jest wejście na szlak wiodący do Morro dois Irmaos. Oznaczenie jest ciężkie, praktycznie nie ma go wcale, ale trzeba wejść bramą na boisko i na wprost jest mała uliczka, którą z kolei wchodzi się na szlak. I tutaj zaczyna się kolejna przygoda.








Na początku cień lasu daje wytchnienie i wydeptaną ścieżką idzie się bardzo dobrze, ale już za parę chwil przekonujemy się, że to tylko pozory. Ścieżka robi się węższa, roślinność coraz bujniejsza i egzotyczniejsza. Na głowami przeskakują małe małpki - pazurczatki, a powietrze dosłownie stoi w miejscu. Momentami idzie się po gołej skale i bardzo ostro pod górę. Pot leje się strumieniami! Idziesz tak, i tylko co jakiś czas pytasz schodzących: "daleko jeszcze?". Nadzieja umiera ostatnia, bo tylko ona trzymała mnie przy tym, aby wejść na samą górę i zobaczyć te widoki, jakie widziałam w Internecie. Miałam jeden poważny kryzys, gdzie już rezygnowałam. Nie mam pojęcia, skąd wzięłam siły, ale dotarłam na szczyt. Ponoć szlak oceniany jest jako łatwy /średni pod względem trudności. To ja już nie chcę poznawać trudnego! Może pogoda na mnie negatywnie wpływała? W końcu duszno, gorąco, zero wiatru, a słońce aż parzyło skórę. Do tego wcześniej spadłam z krawężnika i nadwyrężyłam kostkę, i ta kostka dawała mi się mocno we znaki podczas wspinaczki. Ledwie żywa dotarłam i wynagrodziły mi trud przepiękne widoki. Najpiękniejsze w moim życiu.















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz